Zdemilitaryzować Bałtyk

Zdemilitaryzować Bałtyk

Dodano: 
Zatopienie TS Franken
Zatopienie TS Franken Źródło: Materiały archiwalne
Na dnie naszego morza czają się niebezpieczeństwa, które umieścił tam człowiek. Po dekadach nadszedł czas, by i tam posprzątać. A jest co.

Bałtyk przez stulecia żywił mieszkańców Wybrzeża i nie tylko, pozwalał na handel z całym światem (z centrum tegoż w Gdańsku). O dominację na tym kluczowym dla wielu państw obszarze toczono wojny. Polska w swojej historii raz traciła, raz odzyskiwała dostęp do tego morza. Wschodnia część Pomorza, znana nam jako Pomorze Gdańskie, przechodziła z rąk do rąk, choć jeszcze na początku pierwszego tysiąclecia była związana z państwem pierwszych Piastów.

W połowie XV w. odbicie terenów na północy przez Kazimierza Jagiellończyka było zwieńczeniem sporów z Krzyżakami o tzw. Prusy Królewskie. Później odzyskanie przez Polskę dostępu do morza było jednym z ważniejszych wydarzeń w odradzającej się II Rzeczpospolitej. Nie dość, że po 123 latach państwo znów wróciło na mapy, to jeszcze udało mu się zdobyć mały korytarz na północnym wybrzeżu, który dosłownie otwierał okno na świat. „Zaślubiny” Polski z Bałtykiem w lutym 1920 roku doczekały się specjalnej oprawy, gdy w Pucku generał Józef Haller wrzucił do morza platynowy pierścień.

Morze Bałtyckie było więc świadkiem całej skomplikowanej historii Polski, a także świata. Jednak w wyniku tych wszystkich zdarzeń mocno ucierpiało, zamieniając się w toksyczną bombę, która ciągle tyka. Zwłaszcza II wojna światowa sprawiła, że teraz Bałtykiem trzeba się zainteresować w inny niż dotychczas sposób. Na bok odłożyć to, że pozwala nam na handel, daje pracę rybakom, a lada moment ma też być obszarem pozyskiwania czystej energii, w związku z mającymi powstać na nim farmami wiatrowymi. Nasze - i nie tylko - morze jest w sporym niebezpieczeństwie.

W trakcie największego konfliktu zbrojnego w historii, a także po jego zakończeniu, na dno Bałtyku trafiły nie tylko zatopione statki oraz amunicja, ale również groźne dla środowiska chemikalia.

Cień tragicznej historii

Morze zanieczyszczono najbardziej blisko 80 lat temu, gdy po kapitulacji III Rzeszy alianci zdecydowali o demilitaryzacji Niemiec, które, choć pokonane, nadal posiadały spory arsenał. Dotyczyło to także broni chemicznej, bojowych środków trujących, w szczególności gazu musztardowego (iperyt), środków paralityczno-drgawkowych i gazu łzawiącego. Tylko w wyniku rozbrajania Niemiec do Bałtyku trafiło około 50 tys. ton broni chemicznej, którą raz po raz wysyłano m.in. z niemieckiego portu Wolgast.

W połowie XX w. nie znano lepszego sposobu na „neutralizację” szkodliwych substancji jak umieszczanie ich w beczkach i zatapianie. Teraz, po dziesięcioleciach, wiemy, jak bardzo szkodliwa jest to metoda. Głębie Bałtyku zamieniły się w wysypisko toksycznych odpadów. Najwięcej z nich trafiło do Basenu Bornholmskiego, a więc obszaru w rejonach zachodniego, polskiego wybrzeża. Bojowe środki trujące zatopiono także w Głębi Gdańskiej i w okolicach Rynny Słupskiej. Oczywiście, podobny proceder miał miejsce także na Adriatyku i Morzu Północnym, jednak te zbiorniki różnią się od Bałtyku.

Morze Bałtyckie jest po prostu płytsze (w najgłębszym miejscu ma 53 m, podczas gdy Adriatyk - ponad 250 m), dodatkowo jest też zbiornikiem kontynentalnym, przez co wymiana wód np. z Oceanem Atlantyckim jest niewielka. To przekłada się na mniejsze możliwości samooczyszczania się. Każdy podobny wyciek tych substancji będzie miał katastrofalne skutki, ale dla Bałtyku to jak wyrok. To właśnie to morze najmocniej odczuje tego typu zdarzenia. I bez chemikaliów na dnie Bałtyk ma mnóstwo problemów, ponieważ na jego obszarze występują niedobory tlenu, wywołane zanieczyszczeniami wód fosforanami i azotanami. Doszło do tego, że mówi się o martwych strefach w Morzu Bałtyckim, czyli obszarach, w których brak tlenu sprawił, że nie mogą tam żyć różne stworzenia. Te strefy mają około 70 tys. km kw., czyli dwa razy tyle ile ma województwo mazowieckie.

Jakby tego było mało, nie są to jedyne pozostałości po II wojnie światowej w Bałtyku. W trakcie konfliktu także na morzu dochodziło do walk, a na dno szły tankowce i okręty wojenne. W głębinach morza leżą m.in. M/S Wilhelm Gustloff, tankowiec T/S Franken czy S/S Stuttgart. Akurat te trzy są uznawane za szczególnie niebezpieczne, zwłaszcza tankowiec, na którego pokładzie znajdowało się ponad 3 tys. m sześc. paliwa. Według szacunków Komisji Ochrony Środowiska Morskiego Bałtyku na dnie morza jest od 8 do 10 tys. wraków różnego rodzaju, głównie na szwedzkiej części. Jednak u wybrzeży Polski także można na nie natrafić - ma być ich ponad 400, z czego około 100 w samej Zatoce Gdańskiej.

Spośród wspomnianych czterech setek wraków w polskiej części Bałtyku co najmniej 18 z nich jest uznawanych za niebezpieczne dla środowiska. Wśród nich są wspomniane Stuttgart i Franken. Z tych statków do wód Bałtyku już wyciekło sporo paliwa, a może być go więcej - postępująca korozja zbiorników wraków co roku przybliża nas do środowiskowej katastrofy. Co więcej, do tego „arsenału” w morskich głębinach należy doliczyć blisko pół miliona amunicji, która leży gdzieś na dnie. Mówienie więc o „tykającej bombie" w Bałtyku nie jest na wyrost - to zagrożenie, które z roku na rok staje się coraz bardziej realne.


Na ratunek Bałtykowi

W związku z tymi niebezpieczeństwami grupa Enea zainicjowała akcję #BałtykDlaPokoleń. Spółka energetyczna, operująca w zachodniej i północno-zachodniej części kraju, chce zwrócić uwagę na niebezpieczeństwa, które czyhają na dnie Bałtyku. Enea zaangażowała się tym samym w szerszy ruch, ponieważ także Parlament Europejski zaapelował do całej UE, aby podjąć działania na rzecz oczyszczenia morza z broni chemicznej.

Jeśli komuś wydaje się, że problem jest odległy, to srogo się myli. Zaledwie niecałe 10 lat po tym, jak zatopiono iperyt, na brzeg plaży w Darłówku morze wyrzuciło beczkę z tą substancją. Ucierpiały wówczas dzieci bawiące się w okolicy, część z nich straciło wzrok. Od połowy lat 40. XX w. u wybrzeży Bałtyku do takich sytuacji dochodzi co jakiś czas. Morze wyrzuca trujące środki na brzeg albo beczki trafiają do rybackich sieci, a w wyniku tych zdarzeń cierpią ludzie.

Nie można zapominać o faunie i florze żyjącej w morzu, która jeszcze częściej ma styczność z tymi chemikaliami. Problemem są też wyławiane z wody bomby i pociski, które potem muszą zabezpieczać służby. Tego typu niebezpieczeństwa dotkną także planowanych inwestycji w morskie farmy wiatrowe, bo nie wiadomo, gdzie woda przeniesie problematyczne substancje.

Każdy kto był nad Bałtykiem, spotkał się z ostrzeżeniami przed sinicami, widział rosnące sterty śmieci, które generuje turystyka. Te zanieczyszczenia są widoczne na pierwszy rzut oka, dlatego też o nich częściej się mówi. W niedawnym badaniu IBRiS, które zrealizowano na zlecenie Enei, Polki i Polacy podzielili się swoimi opiniami na temat zanieczyszczenia Morza Bałtyckiego. Wynika z niego, że wiedzą o śmieciach czy glonach, ale ponad połowa z nich zdaje sobie sprawę z zagrożenia na dnie morza, czyli z zalegającej w głębinach broni chemicznej.

Co druga ankietowana osoba jest świadoma tego, co grozi Bałtykowi - to dobry moment, by ponownie zaapelować o to, by nad problemami, nie tylko naszego morza, pochyliło się więcej osób. Żyjemy w czasach, w których naprawiamy wiele błędów popełnionych w przeszłości i warto, aby i dla Bałtyku włączyć program naprawczy. M.in. dlatego wystartowała akcja #BałtykDlaPokoleń, a na baltykdlapokolen.pl można podpisać apel do Komisji Europejskiej, by podjęła działania w tej sprawie. Przed laty zamieniono Bałtyk w prawdziwy arsenał. Czas aby i jego objęła demilitaryzacja. Dla dobra wszystkich.

Dla dobra wszystkich.

Artykuł został opublikowany w 25/2022 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także